Kilka słów i zdjęć z czwartku, kiedy to pożegnaliśmy doktora Jerzego Hawrana, Kresowiaka i społecznika, należącego do ŚZK, tego który zdążył z przekazaniem relacji z Kresów – powtarzając ją w filmie dokumentalnym „Zapomnij o Kresach”…

Nie mogłem nie być obecnym na pogrzebie Pana Jerzego. To jego relacja była pierwszą jaką usłyszałem w tamtej okolicy. To jego zaangażowanie zbudowało we mnie potrzebę przeniesienia jej na ekran. Zdeterminowało i doprowadziło do tego, że spowodowałem powstanie tego dokumentu.
Byłem w czwartek aby odprowadzić go w ostatniej drodze na Ziemi.
Nie dane było mi wypowiedzieć tego co czułem, w obecności licznych jego przyjaciół i rodziny. Nowy proboszcz Lubrzy nie dopuścił mnie do głosu, szkoda…
Chciałem wypowiedzieć niewiele zdań. Jednak takich, które świadczyłyby o sile jego dobrego charakteru, usposobienia…
Spróbuję zawrzeć je poniżej…

Jerzy Hawran - kadr z filmu "Zapomnij o Kresach"

Jerzy Hawran – kadr z filmu „Zapomnij o Kresach”

Kiedy zacząłem interesować się Kresami i zbrodnią Ludobójstwa, będąc u mojej dobrej znajomej Ani Kędryny w lubuskim zadałem jej pytanie o Kresowian. Ona bez namysłu podała mi telefon i adres do Pana Jerzego. Był to 2007 rok. W jednej z moich wypraw do Boryszyna odwiedziłem Lubrzę i w przedpołudniowej porze usłyszałem jego wspomnienie notując je skrzętnie na papierze. W następnych latach wiele razy Pan Jerzy dawał świadectwo jak cennym jest dla niego Prawda o tamtych czasach.
Spotykaliśmy się przy prawie każdym moim pobycie w Boryszynie. Zaglądałem do Pana Jerzego i rozmawialiśmy. I tak rodził się we mnie pomysł zarejestrowania relacji świadków. Wielki w tym udział miały rozmowy z Panem Jerzym. Jego wsparcie, bezpośredniość przejawiająca się w zdrobniałym wymawianiu mojego imienia „Piotruniu” była ujmująca.
Dlatego spotkania z nim były dla mnie zawsze bardzo inspirujące i ciepłe. Jak w rodzinie.
Dzięki Panu Jerzemu udało się mi zrealizować spotkanie z ks Tadeuszem Isakowiczem Zaleskim w Świebodzinie. Poznałem ówczesnego prezesa ŚZK Pana Zalewskiego i zdołałem przekonać go do organizacji spotkania z księdzem Tadeuszem. Dokładnie dzień po świebodzińskiej prezentacji książki pt. „Przemilczane Ludobójstwo”; w piątek w Poznaniu, wykonano pierwsze zdjęcia do filmu „Zapomnij o Kresach” na spotkaniu, które zostało zorganizowane dzięki mojej inicjatywie w WSNHiD na ul. Kutrzeby.
Kilkanaście dni później ekipa filmowa, niestety…- beze mnie złożonego chorobą, udała się do lubuskiego i kontynuowała nagrania do dokumentu. Telefonicznie będąc w kontakcie z Panem Jerzym i prezesem Zalewskim, a także z Panem Kozakiem ze Zbąszynka, udało się doprowadzić do szczęśliwego końca plan filmowy.
Rolę niepośrednią w filmie odgrywa relacja Pana Jerzego, który niezwykle plastycznie opowiada o tym co przeżył na Kresach pod Zaleszczykami. Opisuje rolę Ukrainki która mimo ryzyka ostrzegła jego rodziców o ataku. I tym samym uratowali życie.
Jest to ważna relacja, dowód, który Pan Jerzy – dzięki mojej skromnej roli upartego inicjatora zarejestrowania jego wspomnień przed kamerą, zdążył złożyć. I dowód ten mimo fizycznego braku Świadka, będzie trwał. I wiele razy zaświadczy wraz z innymi relacjami zawartymi w filmie o tym co stało się na Kresach.
Wiele razy spotykaliśmy się później. Jeszcze tego samego roku pewnego jesiennego wieczoru spotkaliśmy się na grobie jednego ze Świadków opowiadających w dokumencie swoją historię; Józefa Sawicza, który zmarł zaledwie miesiąc po realizacji filmu: Wspomnienie o Kresowiaku – Józef Sawicz
Jednak zdążył powiedzieć to co sam doświadczył. Tak jak i Pan Jerzy. Ilu jednak nie zdążyło zostawić śladu relacji po tym co przeżyli?
Ilu zabrało do grobu, straszne, okrutne przejścia, które doświadczyli na Kresach Wschodnich?
W następnych latach spotykaliśmy się z Panem Jerzym pod pomnikiem Nekropolii Kresowych, czy też u niego w domu.
Jak i na spotkaniach w świetlicy ŚZK. Zawsze byłem przez Jerzego nad wyraz serdecznie witany. Obejmował mnie ramieniem, poklepywał, chwalił, dodawał otuchy… Wiedział co robi. Rozpalał we mnie determinację tej walki o Prawdę.
Pamiętam kiedy poinformował mnie o nowym kandydacie na prezesa związku kresowego Wacku Kondrakiewiczu, bardzo ciepło o nim mówiąc, pokładając w nim wiele nadziei. Pojechaliśmy do niego. Poznałem go i polubiłem.

W zeszłym roku byliśmy wspólnie z Jerzym na następnym spotkaniu z księdzem Tadeuszem i pokazie filmu „Zapomnij o Kresach” w Świebodzińskim Domu Kultury. Po wyświetleniu filmu, w trakcie dyskusji, bardzo wzruszająco zabrał głos. Podszedłem wtedy do niego, wzruszony. Objęliśmy się…
W 2011 roku pod pomnikiem 17 września wpinał mi też w klapę marynarki znaczek ŚZK.
Nie mogłem nie przystąpić do Związku po tych wszystkich rozmowach i doświadczeniach. Poznałem wiele wspaniałych osób. I mimo odległości ponad 100 kilometrowej zawsze czułem i czuję związek z wieloma z nich.
Nie byłoby tego gdyby nie znajomość z Panem Jerzym Hawranem.
Wierzę, że dobry Bóg przygarnął Jerzego do swojej światłości.
Spoczywaj w spokoju, Jerzy.

Piotr Szelągowski

Lubrza - Ostatnie pożegnanie Jerzego Hawrana

Lubrza – Ostatnie pożegnanie Jerzego Hawrana

Lubrza żegna Jerzego...

Lubrza żegna Jerzego…


Pożegnanie od współpracowników z pogotowia ratunkowego

Pożegnanie od współpracowników z pogotowia ratunkowego


Poczty sztandarowe odprowadzają Jerzego

Poczty sztandarowe odprowadzają Jerzego


Morze kwiatów na grobie Jerzego  Hawrana - ostatnie pożegnanie

Morze kwiatów na grobie Jerzego Hawrana – ostatnie pożegnanie


Relacja (pierwotna spisana z karteczek na których ją zapisywałem)

Okolice Zaleszczyk – Woj. Stanisławowskie
(relacja Jerzego Hawrana zam. w Lubrzy)

„Urodziłem się 25 stycznia 1931 roku. Nazywam się Jerzy Franciszek Hawran. Takie imiona otrzymują już od pokoleń męscy reprezentanci linii rodowej. Urodziłem się w Dźwiniaczu powiat Zaleszczyki, leżącym niedaleko granicy polsko-rumuńskiej. Dzieciństwo przebiegało spokojnie. Ojciec szanowany i lubiany Kierownik szkoły w Dźwiniaczu – uczył też i poza rodzinną wsią mając wyjazdy służbowe. W Zaleszczykach była rodzina dziadek babcia gdzie przyjeżdżaliśmy na wakacje kąpać się w Dniestrze, który zakolami okrążał miasteczko.

Wspomnienia ze szkoły mam takie, że jako syn kierownika chciałem wieść prym i być ważnym, kiedy już rozpocząłem naukę. Myślałem że ujdzie mi to płazem. Tymczasem ojciec podczas innej lekcji, kiedy o tym się dowiedział wszedł, na salę i dosłownie poprzez pewną część ciała przy nauczycielu prowadzącym i na oczach całej klasy pełnej kolegów i koleżanek
wybił mi z głowy takie zachowanie. W ten sposób nauczył mnie pokory, można powiedzieć. I szacunku do własnej osoby.
Teraz to nie do pomyślenia, a efekty i skutki wychowawcze są widoczne wszędzie. Ale to taka moja dywagacja.
Kiedy przyszła wojna pamiętam jak Rosjanie zamordowali grupę kolonistów mazurskich w Zaleszczykach. Nie byłem tego bezpośrednim świadkiem, jednak widziałem skutki i efekty. Pod koniec 1939 lub na początku 1940 roku Rosjanie zebrali do wagonów wszystkich mazurskich kolonistów z rodzinami celem jak im mówili przesiedlenia – wpuścili skład na most towarowy w Zaleszczykach, który następnie wysadzili z obu stron. Miejsce otoczyli wojskiem. Przez kilka dni pilnowali, aby nikt żywy nie wyszedł na brzeg, jak opowiadali między sobą starsi zaraz po wybuchu i zawaleniu i jeszcze właśnie przez te kilka dni dobiegały głosy z wody, Krzyki, jęki, płacz dzieci, wołania o pomoc. Po kilku dniach ucichło. My to znaczy ja i koledzy chodziliśmy tam nad rzekę łowić ryby, nie było, co jeść i trzeba było posiłkować się połowami. W tamtych miejscach byłą duża ryba, duże sumy czy węgorze. Dlaczego wiadomo…
Jeszcze takie wspomnienie zasłyszane od starszych, którzy we wrześniu obserwowali przechodzące polskie wojsko na stronę rumuńską, gdzie oddawano broń. Niektórzy oficerowie honorowo rzucali się na swoją własną szablę popełniając samobójstwo. A robili to tak: po oddaniu broni palnej zostawała im szabla, wkładali szablę między skały i rzucali się całym ciałem na nią. Bardzo mi ta opowieść jako małemu dziecku utkwiła w pamięci.

Gdy przyszedł rok 1943 miałem okazję widzieć na własne oczy jako12 letni chłopiec trupa zamordowanego wikarego w Zaleszczykach na podwórzu parafii. W czasie letnich wakacji przebywaliśmy tam u dziadków. I z kolegami ciekawy pobiegłem na teren parafii gdzie mówiono, że właśnie Ukraińscy nacjonaliści storturowali i zamordowali księdza polskiego. Nazwiska jego nie pamiętam, jednak widok tego skatowanego ciała mam przed oczyma do dziś. Na podwórzu takim ubitym ziemią, pod krzakami tak trochę w głębi leżało ciało: Do połowy nagie w strzępach spodni ( chyba spodnie jeszcze miał na sobie, tego dokładnie nie pamiętam), miał połamane kości bo ręce i nogi były nie naturalnie powykręcane jak u jakiejś lalki, zdejmowane miał pasy skóry i posypane ciało białym i czarnym- pieprzem solą i chyba miałem węglowym – to nagie mięso, lewa ręka widziałem wyraźnie tak od łokcia pocięta poprzecznie, nacięcia aż do dłoni, twarz była nierozpoznawalna cała zmasakrowana i zalana krwią. W ogóle lewa strona torsu mocniej była pokrwawiona. Widok straszny, który zostanie mi do końca moich dni przed oczyma.

Data to było jakoś lipiec sierpień 1943 – samej daty dokładnie nie pamiętam, mam widok zamordowanego przed oczyma.
W Dźwiniaczu koło szkoły przez miedzę sąsiadowaliśmy z ukraińską rodziną, od niej to pani była sprzątaczką w szkole zaprzyjaźnioną z Mamą – (moja Mama Maria miała na imię, jak moja młodsza siostra rocznik 1937). Ich nazwisko Martyńczuk. Syn tej pani był w UPA. Pewnego dnia przyszła pani Martyńczuk do naszych rodziców i jak ojciec później opowiadał powiedziała, że właśnie przyszedł syn do domu niedawno i powiedział jej, że szykują się na lachów w Dźwiniaczu. Przyjdą i będą wszystkich rżnąć. Wtedy ona pobiegła do naszych rodziców ich ostrzec. Ojciec wziął rower (jako jedyny poza policjantem i jeszcze sołtysem chyba – posiadał rower), związali szybko kilka tobołków i tak wszyscy uciekliśmy przed wieczorem ze wsi. My na piechotę, ojciec prowadził rower. Później widzieliśmy łuny nad wioską, w nocy oglądaliśmy je z Zaleszczyk. Ojciec kilka dni czy kilkanaście sam czy w towarzystwie pojechał do Dźwiniacza, szkoła była nie ruszona i posterunek policji ocalał. Zginęło kilkanaście polskich rodzin. Spalono też zabudowania tych rodzin. Razem ze zwierzętami, bydłem; ojciec opowiadał mi jak Ukraińcy wygrzebywali popalone mięso krów ze zgliszcz obór, a jemu powiedziała to Pani Martyńczuk, albo może i sam widział… Już po… Kiedy pojechał zobaczyć czy szkoła ocalała i wziąć to z naszego dobytku, czego nie zdążyliśmy zabrać podczas ucieczki…, a co ocalało… Dźwiniacz był jakieś 7-8 kilometrów od Zaleszczyk. W mieście mieścił się Dom Polski.

Potem przyszli Rosjanie i wcielono ojca do armii Berlinga, tam wiem, że był kimś ważnym przy sztabie, oficerem sztabowym. Nosił taką charakterystyczną raportówkę. Wszyscy w 1945 wyjechaliśmy do Przemyśla do siostry ojca. Tam Ojciec nas znalazł. Ojciec po powrocie z wojska, po wojnie, został kierownikiem szkoły w powiecie grójeckim, w Drwalewie, gdzie też mieścił się zakład weterynaryjny produkujący szczepionki. Tam ją odbudował, prowadził i był cenionym pracownikiem. Tam zmarł i jest jego grób na cmentarzu.”

Filmiki gdzie Jerzy się pojawia:

Filmik ze spotkania z ks Tadeuszem, wypowiedź Jerzego:


Świebodzin i kresy wschodnie na zachodzie

Msza w Świebodzinie rocznica 17 września – Pomnik Nekropolii Kresowych