Sprzyjać rozkwitowi osobowości może ktoś, kto sam jest osobistością

„Bo tylko we Lwowie tak ułożyły się warunki geograficzne, klimatyczne, hydrologiczno-patamologiczne, geopolityczno-politogenetyczne, meteorologiczno-historiofizyczno-pornograficzne, sprzyjające, uwarunkowujące, rozpierniczająco – koordynujące wreszcie, żeby powstać mogło niewydarzone cudactwo po tytułem „lwowski dziecku”, do którego, bez broni międzygwiezdnej ani podchodź i z którym – jeśli zaszklą mu się oczy – nie wiadomo nigdy, czy ze „śmiechu” czy z żałości. Bo tylko we Lwowie hurma narodowości, w obliczu alternatywy:- albo nauczyć się współżyć, albo zginąć –nauczyła się współżyć tak, iż dziś narody świata powinny brać przykład”. – Jerzy Michotek „Tylko we Lwowie”

 

Takim dzieckiem Lwowa był Wojciech Kilar , zmarły 29 grudnia 2013 roku światowej sławy kompozytor, piękny i niezwykły człowiek, „szczególny dar historii”, jak określił naszego Rodaka profesor Marek Dyżewski w audycji wspomnieniowej w TV Trwam.

Jestem Ślązakiem z lwowskim rodowodem- tak siebie określał Wojciech Kilar, jego rodzina została wypędzona z polskiego miasta Lwów po drugiej wojnie światowej i drugim jej domem  stał się Śląsk.

Należał do tych, którzy „wojenną apokalipsę widzieli w spotęgowanym wymiarze oczyma dziecięcej wrażliwości”.

Wojciech Kilar otrzymał doskonałe wykształcenie muzyczne, miedzy innymi był uczniem Adama Reigera, który sam studiował filozofię i muzykologię  w Paryżu, Wiedniu i Krakowie, i Bolesława Woytowicza, mistrza, u którego zamieszkał, zgodnie z dawnym modelem relacji uczeń – mistrz. W każdej chwili mógł pytać o każdy drobiazg swego mistrza, który był również niezwykłą osobowością, przekazywał uczniowi  nie tylko wiedzę i umiejętności. „Sprzyjać rozkwitowi osobowości może ktoś, kto sam jest osobistością… Wojna unicestwiła nam elity artystyczne  lecz na szczęście obdarowani zostaliśmy ludźmi, którzy w części wyrównali te straty i ci ludzie uczynili w Polsce sztukę o znaczeniu międzynarodowym”.

Wojciech Kilar tworzył muzykę naznaczoną współczesną mu historią,  w 1975 roku skomponował Bogurodzicę, „w której jest siła i moc, takiej Bogurodzicy teraz nam potrzeba”- co na czas szarzyzny realnego socjalizmu było proroczym tonem.

Drugim istotnym dziełem naznaczonym historią jest utwór symfoniczny  Exodus, skomponowany w 1979-1981, w ten  czas szczególny, pierwsza wizyta Papieża w Polsce, początek wybijania się na niepodległość, solidarność. Utwór ten nawiązuje do biblijnej księgi wyjścia, wyrasta z hebrajskiej melodii religijnej – mamy swoje przejście przez Morze Czerwone komunizmu. Odzwierciedla wielkie przebudzenie narodu.

A potem stan wojenny, naród upokorzony, brutalnie zdeptany, odarty z nadziei, smutny czas opromieniony drugą pielgrzymką Papieża. Dla uczczenia tej wizyty powstało dzieło Victoria a ponieważ była to 300 rocznica  zwycięstwa pod Wiedniem, kanwą słowną dla tego wielkiego dzieła symfonicznego były słowa Jana Sobieskiego skierowane do papieża Innocentego XI: „ przybyliśmy , zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”.

Szkoda, że w prezydenckim pożegnaniu wybitnego, polskiego kompozytora i człowieka, nie wspomniano  o tym epokowym wymiarze kompozycji Wojciecha Kilara.

 

„…  Leski i jego przyjaciele nocowali w pasterskich szałasach na Polanie Waksmundzkiej, podchodzili pod przełęcz Krzyżne (kilkaset metrów różnicy poziomów ) i tam  z progu małej, kamiennej chatki podziwiali wschód słońca. Gotowali w szałasach kolbach osłoniętych kosówką-naturalnych zagłębieniach między wielkimi głazami. Herbatę lub proste posiłki przygotowywano na ogniskach lub benzynowych maszynkach, zwanych sugestywnie granatami. Dodatkową atrakcją było noszenie na własnych plecach całego wyposażenia i prowiantu. Sypiano w śpiworach, Leski znany był przez kilka sezonów jako „ten z pierzyną na plecach”, bo posiadał szczególnie dobry śpiwór puchowy. Chętnie sypiał w nim zagrzebany w śniegu zamiast cisnąć się w ciemnym i dusznym szałasie. Z czasem powstał w tym środowisku zwyczaj corocznych wyjazdów na święta Bożego Narodzenia A Sylwestra spędzonego w schronisku w Dolinie Pięciu stawów, Roztoce, na Hali Gąsienicowej lub Goryczkowej pamiętano przez cały następny rok. Wesołe i uroczyste świętowanie poprzedzone było wyprawą na słowacką stronę. Różnice cen na wino i napoje wyskokowe, owoce cytrusowe i inne smakołyki były znaczne. „-Życie dobrze spełnione Kazimierz Leski „Bradl”

 

To nie współczesne czasy, to  opowieść o życiu studenckim sprzed 80 lat.  Kazimierz Leski urodził się w Warszawie, u zbiegu Książęcej i Nowego Światu, studiował w Warszawie i zarabiał na życie pracując jako tokarz czy ślusarz w fabryce „Pocisk”, majster niedowierzając w jego możliwości porządnej, fizycznej pracy podał mu 2 palce na przywitanie dopiero po 3-ch tygodniach „próby”.

Szkoda, że w świątecznej ofercie zamiast biografii typu „Szkoła przetrwania” (Bear Grylls) nie znalazła się biografia tego niezwykłego Polaka, który po ukończeniu kolejnych studiów w Holandii, zatrudniony w „NVSB” – konsorcjum czterech największych holenderskich stoczni zostaje współprojektantem najnowocześniejszego polskiego okrętu podwodnego ORP „Orzeł”,  a  w czasie wojny jest oficerem wywiadu, który w mundurze niemieckiego generała, przeniknął do sztabu gospodarczego marszałka von Rundstedta.

Tę umiejętność  przetrwania w trudnych warunkach niechcianej przez Polskę wojny, uzyskał „Bradl” dzięki wychowaniu w patriotycznej i przedsiębiorczej rodzinie oraz wspaniałej edukacji. Tworzył narrację naznaczoną współczesną mu historią najdoskonalej jak potrafił.

Kazimierz Leski po wojnie potrzebny był  przy odbudowie Stoczni Gdańskiej za co otrzymał w 1945 roku Złoty Krzyż Zasługi ale już w listopadzie 1945 roku został aresztowany i oskarżony o działalność na rzecz wywiadu brytyjskiego. Niezwykle wykształcony, światowej sławy as wywiadu, uznany przez Żydów za godnego  medalu „Sprawiedliwy wśród narodów świata” za pomaganie Żydom w czasie II wojny światowej został uznany przez swoich komunistycznych rodaków za wroga i wtrącony do więzienia. Na szczęście przeżył i miał okazję spisać wspomnienia.

Niestety, żołnierz NSZ,  „Paciorek” nie zostawił po sobie spisanych wspomnień, a doznał podobnych upokorzeń . Obłędne teorie i absurdalne dogmaty socjalistycznego „raju”, o których bełkotał przesłuchujący go Józef Goldberg-Rózański – oficer NKWD i człowiek nr 1 w  Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Razem z „Paciorkiem” aresztowano 12 podchorążych NSZ. Po wyjściu z więzienia chłopcy ci, których jedyną winą było to, że byli Polakami świadomie i czynnie walczącymi o niepodległość Polski (większość z nich to żołnierze powstańczej kompanii „Warszawianka”), naznaczeni zostali kainowym piętnem „wrogów Polski Ludowej”. Zepchnięto ich na margines życia społecznego. Niewielu z nich zostało przy życiu, dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych przestali mówić szeptem słowo „NSZ”. Ci, co żyją są dzisiaj ludźmi starymi i zmęczonymi.

Pamiętajmy o nich i mówmy światu, jesteśmy potomkami tej wspaniałej elity i dopominajmy się, by rządzący w naszym imieniu nie ograniczali nam  wolności wyboru kontynuowania tradycji polskiej elity intelektualnej   poprzez ograniczenie wolności słowa, dostępu do rzetelnej wiedzy, nauki, likwidację nauk humanistycznych (nauczyciel Wojciecha Kilara studiował filozofię) , fałszowanie i wymazywanie historii, utrudnianie przedsiębiorczości oraz propagowanie kolejnych, opętańczych ideologii. Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy „wrogami  raju”, nie dajmy się ogłupiać.

W 1990 roku Franciszka Dudzińska –Reizer zabrała głos w dyskusji, jaka toczyła się w Polsce, w sprawie powrotu religii do szkół. „Przez jakieś 20 lat pracy w PRL byłam instruktorem metodycznym nauczania języka polskiego w dawnym województwie rzeszowskim. Poznałam pracę wielu szkół i wielu nauczycieli, którzy naciskani byli ze wszystkich stron, by uczyli i wychowywali młodzież w materialistycznym poglądzie na świat. Młodzi nauczyciele po ukończeniu liceów pedagogicznych nie mieli najmniejszego pojęcia o zasadach wiary chrześcijańskiej (ZMS-owcy). Uczestniczyłam w jednej radzie pedagogicznej, na której nauczyciele mieli omówić, w jaki sposób na lekcjach swoich przedmiotów realizują hasło wychowania materialistycznego. Gorliwa, młoda nauczycielka pochwaliła się, że ona nie widzi w tym żadnych trudności. Wyjaśniła dzieciom, że Gagarin był w kosmosie, a więc bardzo wysoko i nie widział tam żadnego nieba, a górnicy kopią węgiel głęboko pod ziemią i nie widzą tam piekła. Było to w trzeciej klasie szkoły podstawowej”. Franciszka Dudzińska-Reizer „Szkoły mojego życia-wspomnienia nauczycielki”, IPN, Rzeszów 2013.
Bożena Ratter

Podobne artykuły