Dziś jakże by nam potrzebny był ten fanatyk Międzyrzecza

O obecności Kaszniców w Małopolsce świadczy nagrobek na cmentarzu kościelnym w Makowie Podhalańskim, na którym widnieje napis w języku niemieckim ”Freiherr Kaschnitz von Weinberg”. O wysokiej pozycji społecznej rodziny świadczy dokument z 1628 roku, mówiący o radnym Tadeuszu von Kaschnitz, rycerzu czeskim, legitymującym się listem herbowym Palatynatu.

Druga połowa lat dwudziestych to okres najprężniejszego rozwoju uniwersytetu w Poznaniu. Stanisław Kasznica został dwukrotnie wybrany jego rektorem. O ówczesnym prestiżu uczelni świadczy fakt, że odwiedzali ją wybitni przedstawiciele świata naukowego m.in. z Lyonu, Florencji, Brna, Rzymu. Przedstawiciele uniwersytetu stanowili ówczesną elitę intelektualną, gromadzącą najlepszych specjalistów różnych dziedzin. Owocnie układała się współpraca z instytucjami publicznymi, kiedy to profesorowie występowali w roli ekspertów.

Studenci wspominali po latach wykłady profesora Kasznicy jako fascynujące, zamiast wykładać z katedry, chodził między studentami nawiązując indywidualny kontakt, prowokował do dyskusji. Profesor, jako wieloletni praktyk w dziedzinie prawa administracyjnego rozumiał potrzebę zyskania umiejętności stosowania przepisów prawnych i sprawnego posługiwania się nimi. Wieloletniej pracy dydaktycznej towarzyszyło wielkie poczucie misji, chęć wykształcenia młodego pokolenia i przygotowania go do roli godnych obywateli w każdych okolicznościach. Wykształcił w swoich studentach poczucie, że rola prawnika w dziedzinie prawa administracyjnego jest odpowiedzialna i trudna, podkreślał wagę wysokich kwalifikacji, jakie powinni nabyć w trakcie nauki. Uczulał na to, by punktem odniesienia było dobro innych ludzi, czym sam się kierował.

Poczucie odpowiedzialności za uniwersytet, do którego rozwoju znacznie się przyczynił spowodowało, że już w pierwszych dniach po powrocie do Poznania z wojennej tułaczki stawił się do pracy. Był to okres najtrudniejszy, „na ruinach, kiedy trzeba było wszystko odtwarzać a częściowo od nowa tworzyć”.

Jakże można było oprzeć się urokowi tej wielkiej, silnej osobowości, gdy z pełnym zrozumienia uśmiechem wysłuchiwał każdego zdania, prostował sądy? Człowiekowi, który wymagając wiele od innych najwięcej wymagał od siebie i który zawsze gotów był do każdej usługi i ofiary, wszystko co czynił, czynił zawsze z najgłębszego przekonania. Nic więc dziwnego, że był nam przywódcą i autorytetem moralnym” , to słowa wygłoszone po śmierci Stanisława Kasznicy przez profesora Mariana Zimmermanna. Fascynująca osoba profesora wywarła wielki wpływ również na rodzinę, która w jego życiu zajmowała pierwsze miejsce. Pięcioro dzieci profesora otrzymało staranne wykształcenie i wychowanie na miarę talentu ojca, odziedziczyło również wspaniałe cechy charakteru.

Dopiero w 2013 roku , w wyniku prac ekshumacyjnych prowadzonych od lata 2012 w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie zidentyfikowano ciało syna profesora, Stanisława Józefa Kasznicy, ostatniego komendanta Narodowych Sił Zbrojnych. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie 2 marca 1948 roku, uznał winnymi współpracy z gestapo, organizowania sądów kapturowych, antysemityzmu i dezercji Stanisława Kasznicę, Lecha Neymana, Andrzeja Jastrzębskiego, Mieczysława Paszkiewicza, Wandę Salską i Stefanię Sokołowską-Żelazowską. Stanisława Kasznicę i Lecha Neymana skazano na śmierć. Konieczność stania lub siedzenia w wypełnionej lodowatą wodą celi doprowadziła do gruźlicy, od bicia komendant miał na twarzy szramy a na głowie ślady po wyrywanych kępami włosach. Oprawcy powybijali mu zęby. Wykonanie wyroku śmierci nastąpiło 12 maja 1948 roku w Warszawie. Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Stanisław Józef został zamordowany w więzieniu przy ul. Rakowieckiej strzałem w tył głowy i kopnięty w stronę budy, a zwłoki w papierowym worku wyrzucone na śmietnik cmentarny.

Ogromnie Ci jestem wdzięczny za mszalik. On i książki z czytelni więziennej wypełniaj mi czas. Skoro córeńka już pisze, może by napisała parę słów do tatusia. Chciałbym zobaczyć literki przez nią skreślone…Czy masz już jakąś pracę ? To stała moja troska…Stale i dużo myślę o wszystkich moich najbliższych i bliskich. Niech to zastąpi dłuższe rozpisywanie się. Całuję z całego serca was wszystkich, szczególnie zaś Ciebie Mateńko, Zosieczkę i Ojca” – list napisany miesiąc przed bestialskim mordem w mokotowskiej katowni. (Stanisław Wincenty Kasznica „Druga wojna światowa. Wspomnienia spisane na podstawie codziennych notatek”).
Lech Neyman to również wybitna postać, uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 r. w stopniu ppor. rez., odnosząc kilka ran. W konspiracji należał do “Grupy Szańca” wywodzącej się ze struktur przedwojennego ONR-ABC. Opublikował następujące broszury konspiracyjne: Polska po wojnie (1941), Szaniec Bolesławów (1941), Likwidacja niemczyzny na ziemiach zachodnich (1942-43). Po utworzeniu NSZ był w strukturach Służby Cywilnej Narodu szefem Wydziału Zachodniego i redaktorem naczelnym pisma “Naród i Wojsko”. W nim w 1942 roku opublikował fenomenalny artykuł „Polski cel wojny” . Polska musi mieć swój własny cel wojny, rozumiany jako cel bezwzględny przez cały naród. Nie tylko odzyskanie niepodległości ale zdobycie takich warunków, które by zabezpieczyły na długie dziesiątki lat byt narodu i zapewniły jego swobodny rozwój. Naród niemiecki, sprawca wszystkich wojen grabieżczych od 3 ćwierćwieczy powinien ulec przykładnej karze czyli pozbawiony wszystkich zaborów dokonanych przez tysiąclecie i w pełni rozbrojony przez zniszczenie przemysłu. Powinien dostać się pod dłuższą kontrolę swych kulturalnych sąsiadów. Bezwzględnym obowiązkiem narodu polskiego jest prowadzenie wojny do pełnego zwycięstwa aż maszyny niemieckie w Polsce zaczną pracować dla naszej potęgi.

„Chciałbym zaraz obok Sułtana wspomnieć Tomasza Chęcińskiego, jako typ człowieka, biegun przeciwny Sułtanowi. Prawnik-oficer, skończył Szkołę Nauk Politycznych w Warszawie, pracował w województwie śląskim, potem w Małopolsce w nafciarstwie. Pochodził z Żydaczowa, trochę batiar lwowski, wybuchowy, niezmiernie ruchliwy, miał w Starobielsku dziesiątki stronników i przyjaciół z najróżniejszych obozów i środowisk. Wszystkich nawracał z namiętnością na swoją wiarę, a wiarą tą była federacja narodów od Skandynawii do Grecji. Wierzył wówczas, że właśnie ta idea po wojnie zwyciężyć musi….Parę lat przedtem, gdy jeszcze był biednym studentem w Warszawie, tak się przejął powodzią w Bułgarii, że poszedł do poselstwa bułgarskiego i złożył tam 5 złotych na powodzian ku zdziwieniu posła. Sprawy każdego narodu od Skandynawii do Grecji naprawdę go obchodziły jak własne. Miał dziesiątki argumentów – narodowych, ekonomicznych, by ludzi do swej idei pociągnąć. Dosłownie elektryzował do tych spraw kolegów, którzy do niedawna jeszcze nie umieli myślą wybiegać poza granice Polski. Że był jednocześnie najlepszym kolegą, gotowym oddać ostatnią kromkę chleba lub ostatnią szczyptę cukru bez namysłu, że był dobrym szachistą i najweselszym kompanem, toteż na jego pryczy był zawsze tłum. Jeśli chodzi o politykę zagraniczną Polski, mówił o niej z pasją i dużym wyczuciem, jak o sprawie, którą się od lat interesował i w której, w przyszłości, chciał mieć głos. Pisał na skrawkach papieru artykuły polityczne i uparcie wierzył, że jeszcze w 1940 r. zwieje do Stambułu, że tam książkę o federacji napisze, a potem pojedzie do Francji na front. Dziś jakże by nam potrzebny był ten fanatyk Międzyrzecza. (Jan Czapski „Na nieludzkiej ziemi”).

Tomasz Chęciński został zamordowany strzałem w tył głowy i wrzucony do katyńskiego dołu.

Koniec wojny to również morderstwa, gwałty, rabunki, kradzieże. Potem w tajemniczych okolicznościach znikali ludzie, a w urzędach pojawili się dziwni osobnicy o niezwykłych uprawnieniach. Aresztowanie i rozbrojenie ujawniających się żołnierzy było nagłe i niespodziewane. Szeregowych pakowano do różnych obozów, także na Majdanek, ociekającego jeszcze świeżą krwią ofiar gestapo, oficerów gdzieś wywożono ( z meldunku Henryka Żuka, „Onufrego”). Wspomina Antoni Górecki. „Przywieziono mnie do więzienia w Wilnie…Razem ze mną sądzono kilkunastu innych akowców. Przed obliczem trzech oficerów Sądu Wojskowego przeczytano akt oskarżenia: zdrada ojczyzny, udział zbrojny, przynależność do organizacji wywrotowej. Wszystkim po dziesięć lat obozu i pięć lat pozbawienia praw publicznych…W piękny, słoneczny dzień 3 maja 1945 roku pognali mnie na etap. Upychali nas po 100 do wagonu…Zaciskałem zęby, kląłem pod nosem i myślałem : „Jak hitlerowcy, jak gestapo”. Na którejś stacji dowiedzieliśmy się z głośników, że wojna się skończyła. Śpiew, radość, „dzień zwycięstwa”. Ale nasz wagon jechał dalej. Na północ. Do łagru”. Do łagru pojechała Weronika Sebastianowicz, piękna postać z filmu „Weronika i jej chłopcy”, żołnierz Armii Krajowej.

Pamiętajmy o tysiącach, milionach naszych rodaków , którzy zostali zamordowani, wyniszczeni fizycznie i psychicznie, zesłani na nieludzką ziemię i rozproszeni po świecie, odsunięci na margines życia nie tylko w Polsce, i to wszystko wskutek mobilizacji po zdradzieckiej napaści naszych sąsiadów, krzewicieli ludobójczych ideologii, sprawców II wojny światowej i wskutek działania aparatu represji. Aparat represji, nasi rodacy, których umysły zostały zniewolone przez ludobójczą ideologię , zabijał ciała , zabijał duszę, zabijał pamięć o tych wspaniałych , którzy zmobilizowani do walki z agresorami, przysięgi nie złamali, i którzy stanowiliby dzisiaj elitę i dbali o nas i silne państwo.

Zapalmy znicze 1 marca , weźmy udział w biegu ludzi honoru w Skaryszewskim Parku, wywieśmy flagę, rozejrzyjmy się wokół, może to my, może nasi krewni, przyjaciele, to dzieci tej wspaniałej elity, która miała tyle talentów, mądrości, wiedzy, zapału, hartu, osiągnięć w II RP i wspaniałych planów dla przyszłej Polski, dziedzice tych cech na pewno są wśród nas. Nasi przodkowie chcieli być i byli politykami na miarę lokalnego gospodarstwa, regionu i wielkiego świata, kierowali się zasadami, które profesor Witold Kieżuń, dzisiejszy jubilat (Pan Profesor ukończył 93 lata, jest z tej samej gliny co pierwszo marcowi bohaterowie) wymienia jako naprawcze działania, które mogą zmienić nasz kraj porzucony przez wybranych przez nas nieszczęsnych polityków.Zresztą czy wybrani przez nas skoro tak często zmieniają orientację partyjną? „Potrzebne są apolityczne, centralne urzędy dla konkretnej, fachowej działalności. Generalna organizacyjna zmiana ustroju powinna doprowadzić do fachowego kierownictwa państwem, likwidując elementy partiokracji niekompetentnych, zawodowych polityków. Tylko wtedy gdy do władzy dojdą ludzie , którzy oprą rządy na wiedzy, miłości ojczyzny i etyce mamy szansę odrodzenia się” to słowa profesora Witolda Kieżunia. Dzięki tym cechom Polaków odrodziła się wspaniała II RP. I ja za to im dziękuję 1 marca.

Felicjan Sławoj Składkowski, lekarz legionowy, minister i premier w II RP napisał urocze wspomnienia, “Kwiatuszki administracyjne i inne”, które można przeczytać w Cafe Niespodzianka.

„Roli Haussmana w naszej stolicy podjął się prezydent Starzyński. Muszę tu przyznać, że w początku niepodległości Polska była szarpana przez liczne choroby zakaźne. Wobec grozy sytuacji mianowany został nadzwyczajny komisarz do walki z epidemiami w osobie doskonałego organizatora, energicznego, ofiarnego profesora UJ Emila Godlewskiego. Zdołał on dzięki swoim stosunkom w świecie naukowym uzyskać dla Polski pomoc w lekach, środkach dezynfekcyjnych wreszcie produktach odżywczych celem podniesienia warunków higienicznych i bytowania zubożałych wskutek wojny mas ludności. Jako szef wojskowej służby zdrowia pomagałem memu dawnemu profesorowie w zwalczaniu chorób zakaźnych. Mimo, że profesor był siarczystym endekiem, różnice polityczne nie przesłoniły nam faktu że tyfusowe wszy gryzą jednakowo piłsudczyków i endeków a brak ustępów jednakowo sprzyja chorobom przewodu pokarmowego. Prócz mego profesora przyświecała mi jako wzór do naśladowania postać prefekta Sekwany Poubella. Gdy jednak Poubelle użerać się musiał o czystość z niecałym milionem współczesnych paryżan ja wymachując higienicznym tomahawkiem rzuciłem się w walkę z dosłownie 35 milionami mieszkańców Polski. Pierwszym wrażeniem ludności było bezbrzeżne osłupienie, że władza zajmuje się takimi rzeczami”. Określenie “sławojka” na szalety na turystycznych szlakach znamy wszyscy. Dziś jakże by nam potrzebny był nie tylko ten fanatyk Międzyrzecza ale i ten fanatyk higieny i setki innych utraconych polityków, samorządowców, rzemieślników, naukowców, rolników, robotników, powtórzę za niezwykłym Janem Czapskim.

Co zostanie po obecnych politykach zamkniętych w niedostępnych zamkach (zbudowanych zresztą z zagrabionego majątku II RP i pracy oraz podatków zwykłych obywateli PRL bo przecież funkcjonariusze ich nie odprowadzali) i żyjących w resortowych układach oraz wirtualnym świecie blogów, twitterów, lajków, genderowych fantasmagoriach i zupełnie nie solidaryzujących się z nami , mieszkańcami Polski żyjącymi w tzw. realu? Czy tylko ustawy unijne jak „instrukcja spłukiwania wody w toaletach i pisuarach” –największy absurd prawny w UE, „instrukcja schodzenia po drabinie” czy wielostronicowa „instrukcja użytkowania kaloszy”?

1 marca pamiętajmy o „dzieciach” bandytów, bo tak przewrotnie aparat represji nazywał potomków przedwojennych wojskowych, leśników, policjantów, rolników, robotników, naukowców, polityków, artystów, rzemieślników, ziemian, przemysłowców, handlowców. Aparat represji skazywał rodziny na hańbę i nędzę, okradał z własności prywatnej, odmawiał prawa do pracy, nauki , ta akcja trwa do dzisiaj.

Jedyna i ukochana córka mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” , Barbara, nie miała lekkiego życia. Wychowywana przez kuzynów była ścigana po wojnie przez komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa. W latach 40-tych i 50-tych musiała wielokrotnie zmieniać nazwisko, ukrywając się w klasztorach. Na skończenie szkoły dla córki „bandyty” i przedwojennego oficera nie było żadnych szans. Młodość minęła, ojca, dowódcę 5. Wileńskiej Brygady AK, zamordowało UB w 1951 roku, a Barbara ukrywała się na wsi, ciężko pracując fizycznie. Barbara Szendzielarz zmarła w biedzie w wieku 73 lat w Domu Pomocy Społecznej. Marzyła by pochowano ją w symbolicznej mogile ojca na Wojskowych Powązkach, jednak warszawski DPS nie miał na to pieniędzy. Dzięki zbiórce ludzi dobrej woli spełniona została jej wola, 12 kwietnia 2012 roku odbył się pogrzeb na Powązkach.

Kasznicowie przez wiele lat podejmowali próby publicznego zwrócenia honoru swojemu mężowie, ojcu bratu. Orzeczenie Sądu Warszawskiego okręgu wojskowego z 30 września 1992 roku uznało wyrok śmierci za nieważny. Wdowa po Stanisławie Regina przez długi czas nie mogła znaleźć pracy, przez lata borykała się z córką z problemami materialnymi a także szykanami stosowanymi z uwagi na działalność ojca i męża.

Aresztowania Stanisława wpłynęło również na uniwersytecką karierę profesora, dość nieoczekiwanie został przeniesiony na emeryturę dekretem Ministerstwa Oświaty z 9 września 1947 r.

9 lutego 1951 r. zginął z rąk UB jeden z ostatnich dowódców oddziałów leśnych Okręgu Zamojskiego WiN i jeden z najdłużej walczących żołnierzy antykomunistycznego podziemia w powojennej Polsce – por. Jan Leonowicz „Burta”.Ten niewątpliwy sukces zwyrodnialcy z UB świętowali w swoisty sposób. Wystawili oni zwłoki „Burty” i „Skalskiego” na widok publiczny. Dwa tygodnie (sic!) leżały one przed budynkiem PUBP w Tomaszowie, a ubowcy z tego urzędu zachęcali, a nawet zmuszali ludzi do oglądania poległych partyzantów. Potem zwłoki pogrzebano najprawdopodobniej na dziedzińcu PUBP lub na nowym cmentarzu przy drodze do Zamościa.

Jan Turzyniecki „Mogiłka” został skazany na trzykrotną karę śmierci oraz na łączną karę 405 lat więzienia. List Jana napisany w więzieniu i nie przekazany rodzinie:

„Kochana Rodzino! Zawiadamiam Was, że jestem w wiezieniu w Gdańsku na zwykłej zimnej celi. Febra mnie trzęsie, drgania po całym ciele, silne bóle głowy, pluje ropą z krwią po wylewie, który miałem w Chełmie. Gruźlica czaszki, stały ropień środkowego ucha. Mego trupa włóczą po całej Polsce, po wszystkich więzieniach, ale tym razem koniec ze mną. Kochana Rodzino, ja już naszych magnatów chłopskich nie myślę o nic prosić bo to są ludzie bez serc, bez litości…Kochana Rodzino, mnie się już nie chce żyć. Chcę już prędzej umrzeć, trudno-się mówi, dla mnie już życia nie ma. Tylko proszę Was, pamiętajcie o moim ciele, chcę być pochowany w Tomaszowie Lubelskim na starym cmentarzu. (Adnotacja na kopercie. Załączyć do akt. List nie nadaje się do wysłania. Gdańsk 11 kwietnia 1957 r.).”

Wielka kwesta na identyfikację ciał ofiar komunistycznych zbrodni odbędzie się w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, czyli 1 marca. Pieniądze będą zbierane w 40 miastach Polski, bowiem funduszy na identyfikację żołnierzy polskiego podziemia nadal brakuje. Kulminacja zbiórki będzie miała dwa terminy – 28 lutego i 1 marca.

http://www.pch24.pl/kwesta-na-laczke-1-marca,21196,i.html#ixzz2uMz5A0iY

Stanisław Kulon, wybitny rzeźbiarz, profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, urodził się w 1930 roku w małej wiosce, w powiecie Podhajce na Kresach Rzeczypospolitej Polskiej. Jego sielskie dzieciństwo również zostało brutalnie przerwane 10 lutego 1940 roku, kiedy całą rodzinę Kulonów – rodziców i sześcioro dzieci – Rosjanie deportowali aż pod Ural. Ciężkie warunki życia w uralskich obozach pracy szybko doprowadziły do śmierci rodziców, a także młodszego rodzeństwa Stanisława. Poprzez sowieckie „diet-domy”, przyszły profesor warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych wrócił do Polski. Wspomnienia profesora ilustrowane pięknymi rysunkami z pobytu w posiołkach, kołchozach Uralu, zatytułowane „Z ziemi polskiej do Polski „ zostały nagrodzone przez „Politykę”. Autor pomników Marii Konopnickiej i pomnika Saperów w Warszawie, pomnika aktora i reżysera Abrahama Morewskiego na Cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie, jego prace znajdują się w Muzeum Narodowym (Korczak), we Wrocławiu, w Zakopanem. Prof. Stanisław Kulon nazywany jest nierzadko współczesnym Witem Stwoszem. Cykl 33 reliefowanych, barwionych sosnowych tablic jest przejmującą, artystyczną opowieścią o ludzkim, jednostkowym wymiarze doświadczania historii.

W pracowni artysty stoi wielki człowiek z rozłożonymi rękami. W 1971 roku pan Stanisław miał indywidualną wystawę w Zachęcie, między innymi prezentował tę rzeźbę.
Praca w modrzewiu, „postać celowo zdeformowana, człowiek, który przeszedł wszystkie łagry i obozy koncentracyjne. Wyszedł z tego zniekształcony, z witającym gestem, jakby przebaczającym za te wszystkie nieszczęścia co go spotkały”. Następnego dnia po wernisażu Stanisław przyszedł do pracy na uczelnię, na zajęcia ze studentami. Z portierni wychodzi pani i zawiadamia, iż jest wzywany do prorektora. Prorektor był jednocześnie kierownikiem wydziału kultury przy KC PZPR . Wezwanemu na dywanik artyście postawił zarzut: “Co ty wyprawiasz, co ty rzeźbisz, uprawiasz sztukę – cierpiętnictwo indywidualne, to jest obce naszej ideologii marksistowskiej! To będzie zły wpływ na studentów. Jeśli nie przestaniesz tak rzeźbić musisz liczyć się z wykluczeniem z ciała pedagogicznego!”.

Minęło 40 lat, na łamach gazety wypowiada się żurnalista : Nastolatki mają utożsamiać się z dziewczyną, która nie mogła się uczyć i bawić, tylko zmuszona była mieszkać w lesie i umykać obławom NKWD, a jej największym dokonaniem jest śmierć? To życie zmarnowane, a nie godne naśladowania.

Ciekawe, wobec którego urzędu spolegliwy musi być dziennikarz, zakładam, że on sam dysponuje odpowiednią wiedzę i wrażliwością i zna zasady etyki obowiązujące szczególnie w zawodzie dziennikarza.

Odrzućmy fałszywe tezy o zaściankowości, braku tolerancji, rasizmie, zacofaniu i te ostatnio lansowane , bądźmy solidarni z poprzednimi pokoleniami a zwłaszcza pokoleniem II RP i ich potomkami. Tak dbają o swoje inne narody. Nie dajmy sobie wmówić, że to kurhany, duchy przeszłości zwłaszcza tym , dla których duch Marksa i Lenina jest wciąż żywy.
Bożena Ratter

Podobne artykuły

2 thoughts on “Dziś jakże by nam potrzebny był ten fanatyk Międzyrzecza

  1. […] Polecam też: Dziś jakże by nam potrzebny był ten fanatyk Międzyrzecza – o rodzie Kaszniców […]

Comments are closed.